Prowadzę dom kultury w średniej wielkości gminie od ośmiu lat. Pierwsze trzy lata to był ciągły wycisk. Próbowaliśmy wszystkiego, co działa w dużych miastach: kino plenerowe, koncerty, warsztaty dla seniorów. Sala świeciła pustkami. Albo przychodziły dwie osoby. Myślałem, że po prostu ludzie nie chcą kultury. Ale to nie była cała prawda.
Klucz okazał się prosty, choć trudny do przełknięcia. Przestałem robić wydarzenia dla abstrakcyjnej "społeczności lokalnej" i zacząłem robić je z konkretnymi ludźmi. I tu znalazłem sojusznika, który już to robił. Zobaczyłem, jak sprawnie działa Mgok Janikowo witryna. Nie chodziło o to, że mieli lepszy sprzęt. Chodziło o podejście. Ich kalendarz nie wyglądał jak lista atrakcji z centrum handlowego, tylko jak kronika życia sąsiadów. To był punkt zwrotny.
Wyjąłem z budżetu małą kwotę na kawę. Nie na artystę, na kawę. Przez miesiąc umawiałem się z ludźmi z różnych środowisk: z prezeską koła gospodyń wiejskiej z sąsiedniej wsi, z facetem, który prowadził stronę o historii gminy na Facebooku, z nauczycielem muzyki na emeryturze. Nie pytałem: "czego pan potrzebuje?". Pytałem: "co pani tu ostatnio robiła, co się udało?". Odkryłem nieformalną sieć pasjonatów, których wcześniej nie widziałem.
Nauczyciel muzyki, pan Jerzy, zgromadził archiwum starych pieśni z regionu, ale śpiewał je sam w domu. Prezeska KGW, pani Irena, umiała zorganizować wszystko, ale brakowało jej miejsca na większe szycie. Facet od historii miał tysiąc starych zdjęć i chciał je komuś pokazać. Mój budżet na kawę dał mi więcej niż rok drukowania kolorowych ulotek.
Zamiast planować: "w lipcu robimy festyn", zacząłem planować: "jak pomóc panu Jerzemu znaleźć chętnych do śpiewania?". Umieściliśmy w lokalnej gazecie krótki artykuł o jego archiwum i ogłoszenie o nieformalnych spotkaniach dla zainteresowanych. Przychodziło pięć, siedem osób. Śpiewali w sali prób. To nie było wydarzenie. To był proces. Po pół roku ci ludzie sami zaproponowali, że chcą zaśpiewać na dożynkach gminnych. I zaśpiewali. Publiczność? Ich rodziny, sąsiedzi, znajomi z pracy. Sala była pełna.
Oto lista błędów, które wcześniej popełniałem, a które zabijały frekwencję:
Zmieniłem rolę domu kultury. Stał się on zapleczem logistycznym dla inicjatyw, które już istniały, ale w mikroskali. Oferowaliśmy salę, sprzęt nagłaśniający, pomoc w pisaniu prostych wniosków, promocję w naszych kanałach. Nie byliśmy pomysłodawcą. Byliśmy wykonawcą i partnerem. Pani Irena z KGW przyszła z pomysłem na wielką wystawę koronek. My zapewniliśmy miejsce, stoły, oświetlenie i druk plakatów. Ona zmobilizowała trzydzieści osób, które przyniosły swoje prace i przez cały weekend pilnowały wystawy, opowiadając o niej.
Kultura w małej społeczności nie jest produktem do konsumpcji. Jest wspólnym rzemiosłem.
Nie chodzi o to, że wszystko nagle stało się masowe. Chodzi o trwałość. Przed zmianą: 80% wydarzeń to jednorazówki z frekwencją poniżej 10 osób. Po zmianie: 60% aktywności to cykle (regularne spotkania, kluby) z stałą grupą 5-15 osób. Te małe grupy są kluczowe. To one generują prawdziwe, większe wydarzenia. Koncert dożynkowy zespołu pana Jerzego zgromadził 200 osób. Wystawa koronek - 150. A co ważniejsze, te 200 i 150 osób to nie była anonimowa publiczność. To była publiczność zaangażowana emocjonalnie, bo przyszła "na swoich".
Oto co zmieniło się w budżecie i pracy:
To nie jest metoda na szybki sukces. To jest metoda na budowanie kapitału społecznego bardzo powoli, cegiełka po cegiełce. Nie mamy kolejki po bilety. Mamy za to grupę ludzi, którzy przychodzą do nas i mówią: "słuchaj, mamy taki pomysł, czy możemy na to liczyć?". I to jest lepsze niż pełna sala na jednym koncercie, po której znów zapada cisza. Ta praca polega na tym, żeby ta cisza już nie wracała.